Menu

Koczowisko faktycznie jest wybudowane bez pozwolenia, ma złe warunki sanitarne i otacza je wysypisko śmieci.

Koczowisko spełnia wszelkie cechy slumsu – brak na nim dostępu do czystej wody, pomieszczenia dzielone są przez wielodzietne rodziny, budynki są nietrwałe, a mieszkańcy dotychczas nie byli chronieni przed wysiedleniem bez należytego procesu sądowego. Mieszkańcy nie posiadają prawa własności do terenu, który jest własnością komunalną, a jednocześnie miejscem publicznym – dostępnym dla nieokreślonej ilości osób. W skali Polski powstanie nieformalnego osiedla zamieszkanego przez kilkadziesiąt osób zdarza się rzadko, ponieważ z reguły osoby bezdomne żyją w rozproszeniu. Jednak w skali świata nie jest to niespotykane zjawisko – według raportu UNICEF w takich warunkach żyje 30% dzieci rodzących się w rozwiniętych miastach. Migrujące grupy najuboższych imigrantów romskich tworzą takie prowizoryczne osady w wielu krajach Europy, próbując w ten sposób minimalnym kosztem zapewnić sobie dach nad głową i realizację podstawowych potrzeb.

           Fałszem jest twierdzenie, że Romowie nie chcą zalegalizować pobytu w Polsce.

Zgodnie z prawem unijnym, gwarantującym wolność przemieszczania się i osiedlania, nie istnieje coś takiego jak nielegalny pobyt obywatela UE w innym państwie członkowskim. Po trzech miesiącach pobytu istnieje jednak obowiązek rejestracji. Do zarejestrowania pobytu na terenie Polski jest potrzebny adres zameldowania, wykazanie dochodu wystarczającego do samodzielnego utrzymania rodziny, posiadanie umowy o pracę i ubezpieczenia zdrowotnego. Romowie z oczywistych względów nie spełniają tych warunków. Niedopełnienie obowiązku rejestracji pobytu wiąże się z karą grzywny i brakiem przywilejów takich jak łatwiejszy dostęp do usług sektora publicznego, natomiast nie idzie za nim żadna korzyść. Rejestracja leżałaby więc jak najbardziej w interesie Romów. Jednak aż do zaistnienia przesłanek wymaganych przy rejestracji romscy imigranci pozostają niejako „zawieszeni”.

Poza tym Romowie z koczowiska do pewnego momentu nie mieli nawet świadomości istnienia takich procedur.

To prawda, że Romowie to grupa odmienna kulturowo.

Kultura romska, której korzenie sięgają systemu kastowego Indii, ewoluowała przez wieki funkcjonowania Romów na marginesie społeczeństwa. Jednak mimo izolacji, w jakiej się kształtowała, wpływy społeczeństw poszczególnych krajów odciskały swoje piętno na zwyczajach, języku i kondycji tych grup. Im bliższy kontakt między przedstawicielami społeczeństw, tym silniejsza wymiana w wielu dziedzinach. Romowie rumuńscy pochodzą z obszarów wiejskich, gdzie rządziła tradycja, ale kolejne pokolenia wychowane na emigracji zaczynają powoli czerpać z wzorców kultury europejskiej. A właściwie kultury masowej, najbardziej dla nich przystępnej. Kluczem do zmiany sytuacji Romów jest dialog między społecznościami, oparty na wzajemnym tłumaczeniu i zrozumieniu specyfiki kultur, z których wynika nasz sposób myślenia. W takim dialogu pojawia się zainteresowanie tematami wcześniej obcymi (jak antykoncepcja, poza byciem tabu kulturowym zakazana w rumuńskim prawie do upadku reżimu), lub rezygnacja ze starych wzorców. Trzeba też pamiętać, że podstawowy kontakt Romów rumuńskich z społeczeństwem polskim ma miejsce podczas żebrania na ulicy – zwłaszcza dzieci podchwytują zaobserwowane wzorce, w tym skierowane wobec nich reakcje.

Nie jest prawdą, że Romowie znaleźliby pracę, gdyby tylko chciało im się poszukać.

Polski rynek pracy jest trudno dostępny dla romskich imigrantów. Głównym problemem – poza dyskryminacją i uprzedzeniami - jest to, że dorośli członkowie społeczności Romów rumuńskich posiadają co najwyżej niepełne wykształcenie podstawowe. Wielu jest całkowicie niepiśmiennych lub ma problemy z poprawną polszczyzną. Wiążą się z tym także kłopoty z wypełnianiem formalności, co bez pomocy z zewnątrz skazuje osoby samodzielnie poszukujące pracy na pozostawanie w strefie pracy na czarno.

Faktem jest, że Romowie utrzymują się głównie z żebractwa.

Żebractwo było podstawowym zajęciem podejmowanym przez trafiające w latach 90' za granicę Rumunii rodziny i przetrwało do dziś. Na początku budzące współczucie zamiast potępienia i wysoce opłacalne, ugruntowane zostało przez brak przygotowania alternatyw - wynikający ze złego rozpoznania sytuacji żebrzących, traktowanych jako wymagające pomocy humanitarnej ofiary. Do dziś jedynym sposobem wypracowanym przez władze na radzenie sobie z żebrzącymi jest uniemożliwianie tego procederu, bez poszukiwania rozwiązań umożliwiających żebrzącym utrzymanie się w inny sposób.

Często będąc jedynym źródłem dochodu, żebractwo wyznacza rytm dnia i tygodnia wszystkich mieszkańców koczowiska, niezależnie od płci i wieku. Uzyskany dochód służy zaspokojeniu potrzeb wszystkich członków rodzin, oraz wspólnych potrzeb koczowiska – takich jak benzyna do agregatu. Jest jedynym niesezonowym zajęciem dostępnym każdemu członkowi społeczności, ale też barierą wstrzymującą rozwój dzieci i źródłem pogłębiania niechęci między społecznościami.

"Bogactwo" mieszkańców koczowiska to mit.

W postrzeganiu ubóstwa wciąż pokutuje przekonanie o tym, że posiadanie samochodu, telewizora czy telefonu komórkowego jest wyznacznikiem statusu majątkowego. Tak nie jest. Można żyć poniżej minimum socjalnego, mając telefon komórkowy. Zwłaszcza, gdy jest niezbędny w życiu codziennym - albo przeciwnie, gdy posiadanie go służy poprawieniu swojego statusu w oczach własnych i oczach innych. Kultura ubóstwa jest pełna paradoksów, zwłaszcza jeśli chodzi o nawyki i nałogi dotkniętych nim osób. Ponadto przez różnorodność grup Romów żyjących w Polsce, błędnie traktowanych jako homogeniczna całość, często utożsamia się członków społeczności Romów rumuńskich (najuboższej grupy) z ich polskimi pobratymcami o lepszej sytuacji życiowej. Stąd bierze się mit Roma - żebraka ze złotego pałacu.

Faktem jest, że Romowie chcą kształcić swoje dzieci.

Wbrew obiegowej opinii, mieszkańcy koczowiska deklarują chęć posłania dzieci do szkoły. Dzieci regularnie uczestniczą w zajęciach z przygotowania szkolnego, prowadzonych przez wolontariuszki. Jako obywatelom UE przysługuje im prawo kształcenia w polskich szkołach. Jednak włączenie dzieci w system oświaty musi być przemyślane i wymaga wprowadzenia rozwiązań zmniejszających ryzyko odrzucenia przez grupę rówieśniczą. To nie tylko kwestia odpowiedniego kształtowania środowiska szkolnego - edukacji kulturowej, zajęć integracyjnych i wyrównawczych, ale i pracy w środowisku rodzinnym dzieci. Dzieci nie będą miały możliwości pójścia do szkoły bez ustabilizowania sytuacji ekonomicznej rodzin, do których utrzymania się teraz dokładają.

To nieprawda, że Romowie nie chcą zmian.

Nikt nie chciałby żyć zdany na łaskę i niełaskę świata zewnętrznego, w niepewności jutra zależnego wyłącznie od decyzji urzędników. Jeśli ktoś funkcjonuje w takich warunkach, nie jest to jego wyborem, a konsekwencją okoliczności i mechanizmów wpędzających osoby ubogie w stan tzw. wyuczonej bezradności.

Koczowisko na Kamieńskiego jest uciążliwe nie tylko dla polskich sąsiadów - życie na nim jest też ciężkie dla samych mieszkańców. Skupianie się na przetrwaniu z dnia na dzień ogranicza możliwości rozwoju i perspektywę myślenia o przyszłości. Konflikty wzmacniają poczucie wyobcowania i frustrację, owocując jeszcze większym zamknięciem społeczności. Utrudnia to też pomoc z zewnątrz – w dużej, wewnętrznie podzielonej grupie ciężkie jest konsekwentne prowadzenie pracy socjalnej zarówno z indywidualnym przypadkami, jak i całymi rodzinami.

Prawda jest taka, że Romowie nie mają dokąd pójść.

To, że prawo Unii Europejskiej gwarantuje wolność przemieszczania się i osiedlania, oraz że Romowie przywykli do koczowniczego trybu życia, nie oznacza, że mogą przenieść się gdzie indziej bez pogarszania swojej i tak już ciężkiej sytuacji życiowej. Większość mieszkańców koczowiska nie posiada w Rumunii krewnych zdolnych do udzielenia im pomocy czy pozwalającego się utrzymać dobytku. Dużą część społeczności stanowi pokolenie urodzone już w Polsce, posługujące się polskim jako drugim – poza używanym między sobą narzeczem romani - językiem. Te dzieci nie znają już języka rumuńskiego, od którego odeszli również ich rodzice. Przenosiny gdziekolwiek będą oznaczać dla nich ni mniej, ni więcej, jak tylko ponowną podróż w nieznane i przekreślenie zaistniałych już szans – więzi utworzonych między grupą, zwłaszcza dziećmi, a częścią polskiego społeczeństwa.